smutni,pięknoocy,warszawa[k.022]

Autor: daniel kot, Gatunek: Proza, Dodano: 06 grudnia 2012, 13:55:40, Tagi:  smutna warszawa

Przemierzam ulice / doszedłem do ronda

Fokus, „CHTHC”

 

Miała cienką, ciemną skórę. Miękka, ciepła i delikatna w dotyku sprawiała wrażenie, jakby szyto ją z tiulu. Wykrój warg o głębokim, karmazynowym odcieniu przyciągał wzrok i sprawiał, że później wielokrotnie odtwarzałem w głowie jego linię, modelując ją w wyobraźni jak w photoshopie. Za uchem wytatuowany miała chiński znak równowagi. I rzeczywiście, doskonale odnajdywała równowagę między dziewczynką z wyższych sfer a kurwą, choć miewałem wrażenie, że oba wcielenia dzieli ledwo zarysowana linia, często – przeważnie w piątkowe wieczory – zamazująca się.

 

Lubiłem ją jednak, jako jedyny chyba spośród ludzi, których oboje znaliśmy. Powody były dwa – przyjemne mieszkanie i jakaś, dziwna dla mnie, odwaga bycia sobą; kiedy tyle osób wokół ma cię za dziwkę i idiotkę, a ty i tak masz swój patent, i tego się trzymasz. Myślę jednak, i tak też twierdzi Vini, że gdyby nie hajs, który przepijaliśmy w barach, i zajebiste biodra – do porozumienia byśmy nie doszli. Może, ale koniec końców – co za różnica? Spotykamy się, bo jest za co się napić, czy dlatego, że oboje lubimy Chagalla, dajmy na to? Efekt i tak jest podobny: dobry seks i odrobina emocji w ten bezbarwny, nudny jak chuj deszczowy luty.

 

Wyszedłem od niej późnym popołudniem, na drugą zmianę do pracy. Przed wyjściem zajaraliśmy lufkę, więc w biurze siedziałem zupełnie odcięty od wszystkich. Wykonywałem kolejne telefony, przedstawiając jakimś frajerom nową ofertę linii telekomunikacyjnych. Jak bardzo miałem to w dupie, sam Bóg raczy wiedzieć; momentami wydawało mi się, że odczuwam coś na kształt satysfakcji po kolejnej odmowie klienta. Czas kleił się jak miód, raz przyspieszał, raz zwalniał, dziwna sprawa. Pod koniec już prawie zasypiałem. Kiedy tylko wybiła 21:00, zebrałem się z prędkością huraganu i zanim ktokolwiek zdążył uprzątnąć swoje biurko, już byłem przy drzwiach. Jeszcze szybkie „dobranoc” i chwilę potem w objęcia wzięła mnie warszawska jesień. Kilka szybkich telefonów, ustawka u Q. w domu, plan na małe pół litra i czysta kartka do zapisania kolejną weekendową nocą. Dotarłem na miejsce coś po 22:00, Q. siedział z jakąś Maniurą w kuchni, M. i Z. polewali i grali w plejaka, M. patrzył i nic nie mówił. Dosiadłem się do nich i po chwili napiliśmy się na jedną nóżkę, potem na drugą, potem, bo stygnie, potem, bo już końcówka i dalej, bo jeszcze R. wpadł właśnie. Kręci mnie, potem chłopaki walą ściechy, biorę odrobinę na palec, żeby nie zamulić. Gorąco, robi się gorąco.

 

Ludzie płowieją, mówi do mnie po prawie dwudziestu minutach milczenia. Jakoś tak blakną w miarę używania. Nie potrafię przywołać w pamięci nikogo, kto na początku znajomości mnie urzekł i dziś nadal podtrzymuje to wrażenie. Ci tajemniczy, smutnoocy, piękni chłopcy z ciemnych barów są dziś ziomkami do blanta, zupełnie pozbawionymi uroku, w powyciąganych swetrach i dresach szurają klapkami albo japonkami po swoich zapyziałych mieszkankach, nie wiedzą, gdzie jest Panama albo Maroko, ciągle nie mają kasy i jarają na krzywy ryj, a ich delikatne uśmiechy i wibrujące głosy przypominają dziś kiepsko narysowaną bajkę, płaską, zupełnie zwyczajną. Ludzie się zużywają, kontynuuje bez zawahania, normalnieją, stygną. Nawet jeśli komuś w sercu wrzały oceany pasji i nadmiaru energii, dziś przypomina uprzejmego staruszka. I kiedy ci sami ludzie w końcu zdają sobie sprawę z tego faktu, czasami w żałosnych próbach starają się ponownie zaczarować rzeczywistość, rozstają się ze swoimi dziewczynami albo upijają się, głupio, bez polotu, bez przyczyny, choćby najbanalniejszej, bez radości, z udawanym uśmiechem, o drugiej w nocy ledwo stojąc na nogach, wracając nocnymi, samotnie, smutnie, zdychając następne dwa dni w łóżku na kaca. Boję się, patrzy mi teraz w oczy, że nasz czas przeminął, że teraz te cudowne uniesienia przeżywać będą młodsi od nas, a my powinniśmy wreszcie zmienić pojęcie przyjemności, rozrywki, ustalić nowe cele i rozszerzyć źrenice, żeby widzieć trochę więcej. Słucham jej jak zaczarowany i jest mi coraz gorzej, nie chcę już tego słuchać i nie chcę tego wiedzieć – chcę „liczyć na szczęście i ściskać wiatr w ręce”, jak mówi piosenka. Ale gówno, ona nie jest żadnym prorokiem, a to nie jest żadna prawda objawiona. To nudna rzeczywistość, którą cały czas mielimy językiem, obracamy w ustach, wypluwamy, bo przełknąć nie możemy. Mówię: daj zapalniczkę, zapalam.


Niewiele godzin później, wiele kilometrów dalej, bas przygniata nam karki, multum ludzi jak jakieś kolorowe tiruriru przewala się przez parkiet, do kibli stoją kolejki, jakby coś tam rozdawali za darmo, a barmani na spidzie mnożą się w oczach. Staję w miejscu, gdzie mam z dobry metr samotności i gotów jestem przyjebać każdemu, kto tę moją posesję naruszy. Miałem być z Magdą na feriach w Alpach, a walę Jaggera z jakichś probówek. Ale zaczynam być pijany, więc rozglądam się za znajomymi mordami, w końcu wpadam, zupełnie przypadkiem, na M. i Z. z którymi tu przyszedłem i pociągnięty za łokieć wydostaję się na zewnątrz.

 

– Ale rozpierdol, panowie! – wrzeszczy ogłuszony muzyką M., podniecony przez proch i alkohol.
– Ja pierdolę, no oporowy melanż, a do tego dobre perspektywy, żeby samemu nie wracać taksą! – wykrzykuje nie mniej zajebany Z. – A może jeszcze uda się za nią nie płacić! – i oboje zaczynają skręcać się ze śmiechu.

 

Rozpalam szluga i chwilę z nimi gadam, dopóki kątem oka nie zauważam szarego warkocza sięgającego do połowy pleców, odwracam się i widzę Mo. Mówię, momento chłopaki, zaraz wracam, a kiedy odwracają się w kierunku mojej destynacji, zaczynają buczeć i coś krzyczeć. Udaję, że ich nie znam i w ostatniej chwili przed wejściem łapię Mo za ten warkocz. Odwraca się, gotowa przypierdolić, ale w ułamku sekundy jej twarz rozciąga się w uśmiechu zadowolenia.
– Helooooo kowboju, sto lat cię nie widziałam!
– No, co najmniej, a już zupełnie nie spodziewałbym się ciebie tutaj dzisiaj! – przekrzykuję tłum stojący w kolejce do wejścia. Zanim powiem cokolwiek więcej, odchodzimy na bok w milczącym porozumieniu. Mo jest moją dawną znajomą, poznaliśmy się lata temu na jakichś wakacjach, potem oboje wylądowaliśmy w Warszawie, najpierw spędzaliśmy dużo czasu razem, głównie jednocząc się wobec przeciwności nowego, dużego, obcego miasta, ale z czasem każde z nas zagłębiło się w swoje życie prywatne i w nowych znajomych – i na dobrą sprawę przestaliśmy się widywać. Chyba że przypadkowo, na imprezach, tak jak dziś. Mo to piękna kobieta, jest trochę porno, trochę wysoka kultura, ale ma niesamowicie jasno sprecyzowany światopogląd i wizję swojego rozwoju czy sposobu bycia. Swojego czasu strasznie chciałem się z nią przespać, ale jakoś oboje stwierdziliśmy, że to bez sensu, komplikować relację, która daje nam tyle przyjemności właśnie z racji swojej prostoty. No, może raz się zdarzyło, ale byliśmy tak pijani, że żadne z nas tego specjalnie nie pamięta i nigdy nie wyszło to na światło dzienne. Oddaliliśmy się od siebie na tyle, że na co dzień nawet nie pamiętamy o swoim istnieniu, ale kiedy już się spotykamy, budzą się ciepłe wspomnienia i ogarnia nas – a przynajmniej mnie – lekki, lepki sentyment.


– Nic już się chyba nie wydarzy, co? – zagaduje Mo po odpaleniu papierosa, ja na to, że w jakim sensie nic?, a ona, no że nic, że euforia po trafieniu do dżungli przeminęła, czego mieliśmy doświadczyć, doświadczyliśmy; że jeszcze, co najwyżej, co po studiach, praca w sensie, ja to nawet nie to, mówię, studia mnie rzuciły, a ona się śmieje i naprawdę, no to już chyba zupełnie przejebane, a ja na to, czy ja wiem, odkładam na wyjazd do Bombaju, życie tam tanie i proste, żeby tylko dojechać i na początku się utrzymać, a ona, że może jakbym łeb ściągnął z tych chmur i spróbował szczęścia tutaj, że ludzie i możliwości też spoko, a ja, że nie mam siły ani na możliwości tutaj, ani na ludzi tym bardziej. I tym „tym bardziej” kończymy nieoczekiwanie naszą rozmowę. Jej telefon rozwibrowywuje się kolorami i dźwiękami, muszę lecieć, widzimy się przy barze, a ja, że spoko, zaraz też wejdę, cmokamy się w policzki i po chwili stoję sam. Rozglądam się za chłopakami, ale chyba melanż ich pochłonął, odsuwam się jeszcze trochę, małymi kroczkami w tył, żeby zrobić miejsce wchodzącym do klubu, aż w końcu plecami dotykam szyby taksówki, odwracam się szybko i rzucam ledwie słyszalne „przepraszam”.

 

Pęka mi w głowie jakaś sprężyna, zmęczone oczy nabiegają łzami, gorzko mi w ustach i niedobrze w żołądku, chwiejnym krokiem odchodzę na najbliższy skwer i rzygam pod drzewem. Chwilę jeszcze wiszę, zgięty w pół, potem ocieram usta dłonią. Obmacuję się, czy mam portfel i telefon, klucze do mieszkania brzęczą w wewnętrznej kieszeni kurtki, z nosa bucha para gęsta jak dym. Zbliża się druga w nocy albo nad ranem. Nie mam siły, mówię prawie na głos, spierdalam stąd. Odchodzę w stronę centrum, powolnym krokiem, jakbym przechadzał się latem po ogrodzie albo po jakimś sadzie, przykładając czerwoną zapalniczkę do frontowych ścian budynków wzdłuż ulicy. Zostawiam długą, w pizdu krzywą, białą rysę.

 

(tekst jest częścią projektu www.kierunkowy022.blogspot.com i opublikowany został w portalu ha!art)

Komentarze (3)

  • słowa ' nudny jak chuj' dało mi przedsmak tego, co będzie. A kiedy zobaczyłam kursywę, nie czytałam dalej. Wtręt kursywą, to błąd w sztuce. Piszący powinien o tym wiedzieć.

  • Pani Wando, wtręty kursywą są nieodłączną częścią tych tekstów i mają swoją rolę. I to wszystko, o czym, jako piszący, wiem.

  • Soczysta fraza, jest rytm i napięcie.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się