opowiadanie#16[kierunkowy022]

Autor: daniel kot, Gatunek: Proza, Dodano: 14 listopada 2012, 17:37:52, Tagi:  kierunkowy022 Ludwik lis daniel kot melodramat melanż dramat frajer ulica rap pierdolisz tam

Opowiadanie#16 albo Drobne wątpliwości

 

Cierpki posmak w ustach próbuję zmienić przełykając ślinę; smakuje, jakbym przełykał korek od wina. Nieprzyjemnie, a to dopiero początek. W pomieszczeniu musi cuchnąć jak na dworcu, S. paruje alkoholem tak, że wisi nad nim niemal biała mgła, do tego głośno chrapie. Śpi na podłodze, na stercie moich ubrań, co mnie trochę zastanawia w pierwszej chwili, bo w większym, pustym pokoju jest rozkładana kanapa. Nie wnikam w to dłużej i pociągam za klamkę okna. Zima zdaje się trwać już dziesiąty miesiąc, a to dopiero listopad. Jak tak dalej pójdzie, to w moje urodziny na wiosnę jeszcze śnieg spadnie. Zimno, kurewsko zimno.

 

Z jednej strony czułem się przejechany walcem, z drugiej zaś nie chciałem dopuścić do bumelowania przez resztę weekendu. Poszedłem najpierw pod prysznic, który przerodził się w półtoragodzinną saunę parową. Kiedy stanąłem przed lustrem, czułem się wyraźnie lepiej. Powoli wycierałem się ręcznikiem i próbowałem coś zaplanować, ale myśli miałem miękkie jak topiony plastik. Kiedy wyszedłem z łazienki, S. Nadal spał, prawie w identycznej pozycji, w jakiej go zostawiłem, ściągnął tylko kołdrę z mojego łóżka – zapomniałem przymknąć okna. Zrobiłem to i zacząłem wyciągać spod niego ubrania, badając węchem, czy można je, mniej więcej, założyć. S. Nadal kimał jak zabity. Parę razy coś powiedziałem, ale odmrukiwał mi coś w pijackim śnie i ani myślał otworzyć oczu. Próbowałem? Próbowałem. Z czystym sumieniem przeszukałem kieszenie jego spodni i kurtki, aż znalazłem małe zawiniątko w aluminiowej folii. Otworzyłem ostrożnie, ale w środku była resztka prochu, a nie, jak sądziłem, resztka baksu. Rozejrzałem się po pokoju i dostrzegłem tiszercik z kieszonką na piersi – włożyłem w nią rękę i tym razem wyjąłem właściwy temat. Usiadłem w drugim pokoju, na przeciwko otwartych drzwi i spoglądałem co jakiś czas, czy się nie budzi. Dużo tego zostało, nabiłem więc bongosa. Kilka chwil później w zbiorniczku zabulgotała woda, a rura wypełnia się mleczno-białym dymem. Puściłem sprzęgło, odchylając kciuk i dym gwałtownie uderzył w płuca, mieszając się z intensywnie połkniętym powietrzem. Nie wypuszczając dymu, wróciłem do S., stanąłem nad jego głową i zacząłem powoli wypuszczać dym z ust. Powiem szczerze, że byłem w lekkim szoku; drgnęła mu tylko nerwowo powieka, ale się nie obudził. Powtórzyłem całą operację, tym razem głębiej się zaciągając – i nic, poza tym, że trochę się zakrztusiłem. Wróciłem do większego pokoju i po chwili poszukiwań, znalazłem bibułkę. Była nieźle wymiętolona, ale – jak to mawiał swojego czasu jeden mój znajomek – jak umiesz skręcać, to i psu z gardła wyjętą zwiniesz. Wyszło idealnie, jak od linijki. Złapałem parę chmur, żeby rozpalić blanta i znowu stanąłem nad S. Po paru chwilach myślę sobie – ja pierdolę, no trup czy jak, zero reakcji, co w przypadku tego typa było absolutnym ewenementem. Coś mi nie wychodzi żarcik, a czuję, że jestem już ostro najarany. Nie poddaję się, dogaszam jointa i nabijam tubę – bibułek brak. Z fifką to jednak było już za dużo, zacząłem się dusić i to tak głośno, że w końcu S. Podniósł ten ciężki łeb i warknął coś w stylu „zamknij mordę”. Wkurwiłem się i trzepnąłem go lekko w pysk, od razu podniósł powieki i gapiąc się na mnie przekrwionym, nieobecnym wzrokiem, pyta, o co chodzi, bełkocząc jakby jeszcze był pijany. Stary, mówię, wyjarałem ci nad głową chyba z gieta, a ty się nawet nie ruszyłeś, a on, żebym dał mu spokój i obudził go za godzinkę. Wychodzę za pół godziny, mówię, a on, że spoko, spoko, zawsze spoko. Nic z niego nie będzie, siadam więc na kanapie. Ja pierdolę, ale się zjarałem. Odpalam plejaka i przez pierwsze pół godziny gram w Medal of Honor, wciągnięty jak siemasz, a kiedy pierwsza faza otumanienia przechodzi, czuję się kurewsko zrelaksowany. Kurewsko zrelaksowany, to dość zabawne połączenie, myślę sobie, wkładam na nogi kapcie i idę do kuchni postawić wodę na kawę. Wracam i odpalam z winyla Illmatic Nasa. Jaram szluga, chwilę potem uruchamiam laptopa. Wchodzę na fejsa, a dwie godziny później robię się trochę śpiący. S. Nadal w kimie, a tu prawie piętnasta. Znowu. No trudno.

 

Ale jest trzecia nad ranem, a ona na to: no i co z tego, nic, mówię, uśmiechając się i nie spuszczając z niej wzroku, wciągam na nogi ciężkie zimowe buty, już nigdy nie będę miał siedemnastu lat, myślę sobie, co mnie obchodzi, chodźmy. Stajemy na klatce, jeszcze moment, cicho przekręcam klucz w drzwiach i idziemy. Chwilę potem, ledwie stojąc na nogach, pijani i na lodzie, powoli idziemy w stronę huśtawek. Ciemno jak nigdy, żółte latarnie i tak dalej, za moment wszystko wiruje, patrz cały czas w górę, mówię do niej, rozhuśtując się coraz bardziej. Jasność zaciemnia obraz, nie kontrolujesz tego, niczego nie kontrolujesz, boli cię w klatce piersiowej, huragan Emilly, a może Molly, skąd takie piękne imiona na pogodę, przetaczają ci się przez głowę, z ciężkim hukiem eksplodują mikrogwiazdy, jestem wyżej, zobacz, jestem wyżej!, krzyczy, robi mi się niedobrze i zeskakuję w szczytowym momencie, ląduję na krzywych nogach i przewracam się na lodzie, uderzając kolanem w skostniałą ziemię. Wiję się, udaję, że mnie strasznie boli, a Ty podbiegasz od razu, o Boże, wszystko dobrze, co się stało, tutaj, pokazuję, noga i zaczynam się śmiać, nie mogę się powstrzymać, głaszczesz mnie po policzku, zbieramy się i wracamy do mieszkania, kładę się na podłodze w pokoju i mówię: nigdy już nie będę tak młody jak tej nocy. Chcę cię przytulić, a ty bez słowa, w kurtce, kładziesz się przy mnie, chcę do ciebie należeć, mówię cicho, oswoiłaś mnie, a jak mówi księga, jak się kogoś oswoi, trzeba o niego dbać i się martwić. Odliczamy sekundy i śmiejemy się, że z każdą kolejną cząstka nas ulatuje w kosmos i wiemy, że nigdy nie będziemy starzy, bo nim nastanie nowy poranek, nas już tu nie będzie.


Nas tu już nie będzie.


Obudził mnie ryk telefonu. Odbieram nieprzytomny, nawet nie patrząc, kto dzwoni.

– Halo?
– Siema mordo, to jak, ciśniemy na Marsz?
– Jaki, kurwa, marsz, Vini?
– No jaki marsz, jaki marsz, Wyzwolenia, kurwa, Konopii, no jaki marsz! – gorączkuje się po drugiej stronie. – Co, spałeś?
– Nie, nie spałem. No spoko, ale to nie jest za tydzień?
– Za tydzień to może sam idziesz na swój marsz, konopny zaczął się godzinę temu, ale jeszcze nie ruszyli, więc dawaj!
– No dobra, dobra, to gdzie?
– Najlepiej, jak przy Marszałkowskiej i Alejach się ustawimy, za dwadzieścia minut.
– No spoko, tylko ja mam S. na głowie, śpi zajebany w moim pokoju.
– No to bierz go, kurwa, albo zostaw go, jak go znam do wieczora się nie ocknie.
– No spoko, to siemano.
– Serwus, mordo!

 

I rozłącza się. Ubierając się, nie mogę pozbyć się wrażenia, że na Marsz umawialiśmy się na następny weekend, ale mówię: dobra, chuj. Pytam S., czy idzie ze mną, a on, że nie, żebym mu zamówił dużą pepperoni i on na mnie poczeka, jeśli nie mam nic przeciwko, relaks, mówię, tylko że ja nie mam kwitu, a on, że spoko, on ma i zapłaci, tylko żeby mu zamówić. Zamawiam, zbiegając po schodach, potem w kiosku kupuję fugle i ruszam w stronę Marszałkowskiej. Upewniam się, że dobrze skitrałem towar i piętnaście minut później widzę z daleka już tłum ludzi. Myślę sobie, o ja pierdolę, niezła impreza w tym roku. Po drodze mijam ludzi pozawijanych w biało-czerwone flagi, niektórzy drą japy albo podskakują, wykrzykując: kto nie skacze, ten z policji, hop hop hop! Nie zwalniając kroku, stukam rurę i dochodzę pod Novotel. Zamotasupłany po blancie i bongosach nie do końca ogarniam, co się dzieje, feeria barw i krzyk ludzi, dzwonię do Viniego, nie odbiera, dzwonię drugi i trzeci raz, w końcu siadam na ławce i zaczynam rozkminiać, co tu się dzieje. Nie ma rastamanów, rastamańskich flag, z głośników leci Ojczyznę racz nam zwrócić Panie, a średnia wieku zebranych ludzi to tak plus czterdzieści. Kurwa, mówię na głos, przecież dziś 11 listopada! Pojebał mi się Marsz Niepodległości z Marszem Wyzwolenia Konopi. Zajebię go, myślę sobie i wkurwiony wracam do mieszkania. Przechodząc Pasażem Wiecha widzę, jak jakieś zamaskowane typy napierdalają się pałkami, nagle z lewej wbiega oddział szturmowo ubranych psów, który rzuca się na ustawkowiczów, zamieszanie, szarpanie, krzyki, wpadam nieomal na słup, przyglądając się tej chałastrze. Kiedy w końcu dochodzę do swojego bloku, dzwoni Vini i skręca się ze śmiechu. W końcu przechodzi mi wkurw i też zaczynam się śmiać, pytam go, co dzisiaj robi, a on, że idzie do studia, do chłopaków, że dzisiaj nagrywki i można posłuchać, i żebym wbijał, i tak dalej, żebym jakiś temat zawinął po drodze, bo u niego bieda. Mówię, dobra, ogarnę S. i wpadniemy, no to elo, elo elo.

 

S. brał akurat prysznic, kiedy wchodziłem do mieszkania. Konsultuję z nim przez drzwi plan i godzinę później suniemy autobusem przez nocne miasto. Ty, obetnij tamtą sztunię, mówi, elegancka, idealnie wyważona między kobiecością a dziewczęcością, dorzucam, a S., że fakt, po prostu zajebista dupeczka. Pamiętasz, jak mówiłem o podnoszeniu poprzeczki? Myślałem o kimś takim właśnie, a ja na to, że cieszę się, że chociaż z kurwami już nie sypiasz, a on, od razu tam nie sypiasz, i się śmieje, mówię S. – ty pojebie, a on dalej rechocze. Trochę milczymy, trochę gadamy, głównie gapimy się przez okno. Dojeżdżamy na Sadybę, dzwonię do Viniego, że zaraz będziemy, a on mówi, że już wszyscy są, wbijajcie, panienki.

 

Odnajdujemy blok i schodzimy do piwnic, chwilę kluczymy, ale wabieni głośnymi śmiechami w końcu odnajdujemy właściwą. Wchodzimy, w środku gęsto od dymu, zbijamy piony ze wszystkimi i siadamy na skórzanej, oldschoolowej kanapie. Studio w piwnicy to marzenie każdego z nas, Numer siedzi za konsoletą, za szybą stoi Chudy i powtarza sobie bezgłośnie tekst. Osiem osób zupełnie pochłoniętych rozmową, przekazują sobie tylko wódę albo jointy, ja rozpalam nabitą wcześniej fifkę i podaję S. Sesja dopiero się zaczęła, mijają godziny, ludzie wchodzą i wychodzą, koło trzeciej wpadają takie sztunie, że opadają nam z S. kopary, co rusz tylko się szturchamy. Jest fajnie, siedzimy, mówię do S.: jak dobrze, że nie musimy jutro nigdzie wstawać. Dobrze i niedobrze, śmieje się S., bo hajsu na śniadanie też nie mamy. Coś ogarniemy, mówię. Kiedy robię się już naprawdę śpiący, podbijam do Q. po płytki, które miał mi przynieść na dziś, wcześniejsze demówki Chudego, potem żegnamy się ze wszystkimi i wychodzimy. Miasto migocze, jestem ledwo żywy, pod koniec drogi nawet przysypiam, ale S. budzi mnie i w ostatniej chwili wyskakujemy z busa i wleczemy się do domu. Niedziela wieczór, czy jest coś równie smutnego? Jest czas na zabawę i odpoczynek, mówi S., teraz odpoczniemy parę godzin, a potem będziemy znów się bawić i śmiejąc się dodaje – no bo co innego, czyż człowiek nie jest taki, że się nie zabawi?

 

Kiedy kładę głowę na poduszce, wibruje telefon. W pierwszej chwili myślę, że się rozładowuje, ale kiedy spoglądam na niego, widzę nową wiadomość na facebooku. Loguję się i czekam, aż załaduje się panel wiadomości. W końcu się załącza i widzę wiadomość od Magdy. Z lekkim napięciem otwieram i po chwili czytam: hello star boy, miewasz się jakoś?

 

Uśmiecham się jakby samymi oczami. Odpisuję: miewam.

 

Jeszcze tego wtedy nie wiem, ale już wkrótce Magda będzie zasypiać na moim ramieniu, a ja wezmę życie w swoje ręce i niedzielne wieczory nigdy więcej nie będą już smutne.

autor:STYLWARSZAWSKI

 

(tekst jest częścią projektu www.kierunkowy022.blogspot.com i opublikowany został w portalu ha!art. Zdjęcie jest również częścią projektu, prawami autorskimi do niego dysponuje Ludwik Lis [www.ludwiklis.com], jego kopiowanie bez zgody autora jest niedozwolone)

Komentarze (4)

  • Zabawny, a też ciekawy wydał mi się sposób budzenia S.:)

    Uśmiechnęłam się tutaj: "dzwoni Vini i skręca się ze śmiechu. W końcu przechodzi mi wkurw i też zaczynam się śmiać, pytam go, co dzisiaj robi", bo podoba mi się, jak ludzie mają dystans do samych siebie, a też doceniają fantazję innych:)

    Nie podoba mi się: "próbowałem coś zaplanować, ale myśli miałem miękkie jak topiony plastik".
    Topnienie plastiku kojarzy mi się z wysoką temperaturą. Ale przecież, gdyby mózg był gorący, myśli nie byłyby rozlazłe, a raczej ożywione.
    Rozlazłe myśli pojawiają się w ospałym umyśle, a więc "stygnącym" (zasypiającym?). Poszukałabym innego porównania dla rozlazłych myśli:)

  • Ociężały tekst, musisz mocno popracować nad dynamiką :(

  • fajnie, dzięki. Ociężały wyszedł, ja wiem, czasem tak to bywa.

  • a mnie się bardzo podoba, myślę, że to jeden z lepszych tekstów tutaj

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się