Joel próbuje się odnaleźć

Ich miłość była naturalną koleją rzeczy i oboje zdawali sobie
z tego sprawę. Ona miała piętnaście, a on trzydzieści lat.

Poznali się przypadkiem, z tego, co wiem, na lotnisku albo
na dworcu. Ona stała ze swoją matką w jakiejś kolejce,
a on przyjechał zrobić kilka zdjęć do weekendowego wydania
gazety o podróżach. Cała historia ich znajomości rozegrała
się w ciągu pięciu minut i piętnastu sekund.

On stał na środku hali dworca, tak, to był raczej dworzec,
pamiętam gwizdki konduktorów i łomotliwe sprzęganych ze
sobą wagonów. Rozglądał się, zupełnie zagubiony, zagubiony
od dziesięciu z górą lat, stojąc lewą nogą w świecie
zupełnie odwrotnym od tego, w którym stał prawą. Ta pierwsza
niespokojnie ruszała się, obracała na pięcie wśród barw
i halucynacji, przeciągłych bólów głowy i mgiełki samotności,
ta druga stała, z lekko podkurczonymi palcami, w ciepławym
roztworze przypominającym bagno i zapadała się z chwili
na chwilę. Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się,
że on to czuł. Czuł, że w dźwiękach melancholijnego pianina,
na którym grał od urodzenia, jak mu się zdawało, pozostanie
już na zawsze, jeśli nie stanie wreszcie na styku linii
rozdzielającej obie stopy, nie stanie prosto i pewnie,
jak linoskoczek, życiowy akrobata. Cały problem ogniskował
się wokół lęku; lęku przed społeczeństwem, w którym nie
było dla niego miejsca, niezrozumieniem i szkodliwością
życia jako takiego. Świat bez tabletek i proszków wydawał
się oślizgły, łykowaty, zbudowany z rybich łusek, pozbawiony
jakiegokolwiek piękna, poza muzyką i fotografią. Uważał,
że nadmierne uczestniczenie w życiu może skończyć się
katastrofą, której tak panicznie się bał. Nie wiedział,
a raczej nie dopuszczał do rejonów mózgu odpowiedzialnych
za logiczne myślenie faktu, że nieuczestniczenie w życiu
ostatecznie kończy się tym samym. Moje ogólne wrażenie
o nim jest takie, że chyba był dość specyficznie trudnym
człowiekiem.

Jeśli ustalimy, że to był dworzec, kolejka, w której ona
stała, była kolejką po bilety. A skoro tam stała, musiała
gdzieś jechać. Trudno powiedzieć, gdzie, zresztą to nieistotne
ani dla historii świata, ani dla tej migawki. Jeśli powiedzieć
o kimś, że jest smutny, można zamiast tego słowa użyć jej
imienia. Była tak doskonale pięknie smutna, że każdy jej
ruch, najdrobniejszy gest czy mina, drżenie delikatnie
naszkicowanych warg, kiedy płakała, chłód cienkich, długich
palców i białych paznokci był smutkiem, w różnym natężeniu,
ale zawsze smutkiem. Zupełną niesamowitość, nigdzie nie spotykaną,
osiągała, kiedy utkwiona w tym zimnym jeziorze robiła coś,
czego nikt się nigdy nie spodziewał, czyli uśmiechała się nagle.
Najbardziej wrażliwi ludzie, z którymi od czasu do czasu
się widywała, odczuwali wtedy istotny brak czegoś w nich
samych, płytkie poczucie bezsensu. Ona, zatracona w długich,
ciemnych włosach i muzyce, tej samej, w której każdego dnia
gubił się on, zdawała się być tak nieświadoma, jakby jeszcze
nie wykształciła w sobie jakiegokolwiek poczucia własnej
egzystencji i związanych z tym integracji i wpływów z otoczeniem.
Była dzieckiem, odważnym w swej nieświadomości, a jednocześnie
płochliwym z instynktu, intuicyjnie. Dodatkowo to, jak formułowała
wypowiedzi, mówiąc tak, jakby jej w ogóle nie było, jakby nieistniała,
gubiąc orzeczenia, spokojnie przechodząc z tematu na temat
niemal w środku zdania, pogłębiało wrażenie zupełnej nieprzystawalności
do jakichkolwiek ram rzeczywistości, norm czy praw.

Ona była z Polski, jeśli o kimś, kto bardziej przypomina ducha
niż człowieka można mówić w kontekście narodowości, a on od
urodzenia mieszkał w Singapurze. Nie jestem niestety pewien,
gdzie się spotkali- 'u niej', u niego, a może gdzieś po środku?
ale raczej wydaje mi się, że oboje byli daleko od swoich domów.
Spojrzeli na siebie, po prostu. Ona weszła w niego, do niego,
zapaliła światło i zamknęła okno. Potem usiadła przy stole
na małym, ręcznie rzeźbionym krzesełku, podparła ręką głowę
i wpatrywała się w niego od środka. On w tym samym czasie
wszedł w nią, do niej, usiadł obok jej nóg, ona stała, objął
jej udo, przykładając policzek do biodra. Zamknął oczy i oddychał,
ale jakby bez udziału mięśni, powietrze po prostu przez niego
przepływało. Oboje byli bardzo spokojni, nie odzywali się
ani słowem.

Po dwóch minutach on się odwrócił i poszedł w stronę wyjścia,
a ona jeszcze chwilę stała i patrzyła w jego plecy, by
po chwili odwrócić się powoli i zapłacić za bilet. I chyba
czas się zatrzymał. Nie wydaje mi się, żeby to było możliwe,
aczkolwiek coś głęboko we mnie ukrytego każe mi dopuścić taką
ewentualność. Kiedy przekroczył próg dworca, minęło szesnaście
sekund, odkąd skończyła się piąta minuta. Miłość totalna,
której doznał, zupełnie go załamała i ostatecznie wytrąciła
ze statusu quo, który sam ze sobą utrzymywał. Co stało się
z nią, tego nie jestem pewien, ale coś mi mówi, że chyba
nie żyje. Tak mówią, we mnie, oni.

Komentarze (4)

  • Bene.

    • a. z.
    • 20 czerwca 2011, 17:57:09

    ograniczylam sie do czytania akapitow. nie chce mi sie ich rozwijac. przepraszam.

  • Olu po akapitach robimy na wydmach, a tu trzeba wgryzać się w piach bez fig.
    Rozwiń ich.

  • Ola, faktycznie, akapity tworzą mniej więcej tę samą historię. Ale co z zakończeniem?

    Edi, dosadnie powiedziane.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się